O filmie, który lepiej, żeby nie powstał

Ben Viet (26.10.2009) Kultura - Sztuka ma prawo kreować rzeczywistość na swój pożytek, uciekać od istniejącej rzeczywistości i tworzyć światy wymyślone. Choć to nie modne, trzeba jednak pamiętać o tym, że sztuka ma także funkcję społeczną, formuje swoich odbiorców, dostarcza im wiedzy i narzędzi do jej interpretacji. Na ekranie polskich kin wchodzi film „Moja krew”, który gwałci zasadę odpowiedzialności społecznej i zwykłej przyzwoitości, który wyrządza realną krzywdę uchodźcom z Wietnamu, prezentując ich jako ludzi realnie gorszych niż Polacy.

flickr:4045740463

Podczas festiwalu kina azjatyckiego „Kino w Pięciu Smakach” odbył się 25 października przedpremierowy pokaz filmu Marcina Wrony „Moja krew”. Obraz traktuje o emocjonalnych rozterkach boksera w zetknięciu z chorobą, uniemożliwiającą mu boksowanie, perspektywą bliskiej śmierci oraz w związku z dziewczyną zupełnie od niego różną. Pięściarz, bardzo dobrze zresztą zagrany przez Eryka Lubosa , nie daje widzom wielu okazji do zapoznania się z przemyśleniami, które towarzyszą jego działaniom. Posługuje się głównie wykrzykiwanymi słowami, powszechnie uważanymi za obelżywe, lub równoważnikami zdań, ilustrującymi zmiany nastawienia do drugiej osoby dialogu (dialogi nie bywają więcej niż dwuosobowe). Pracę nad scharakteryzowaniem osób dramatu widz musi wykonać sam, a nie jest to praca łatwa. Najprostsza jest postać głównego bohatera, który jest brutalnym chamem, przyzwyczajonym do języka przemocy, ale drzemie w nim też potrzeba uczuć. Ta konstrukcja jest dobrze zagrana, ale mało odkrywcza, najdelikatniej mówiąc. Sprawy komplikują się jeśli chodzi o dwie osoby, z którymi bohater ma relacje emocjonalne. Młoda imigrantka z Wietnamu, której bokser proponuje obywatelstwo za cenę urodzenia mu dziecka jest osobą delikatną i wrażliwą, lecz na propozycję zgadza się natychmiast. Później zresztą okazuje się, że jest już w ciąży z innym mężczyzną… Kompletnie niewiarygodna postać sentymentalnej cwaniary, pozbawionej i jednocześnie pełnej skrupułów, nie przekonuje w najmniejszym stopniu, aczkolwiek aktorce Luu De Ly należą się ciepłe słowa. Jeszcze bardziej złożona jest postać przyjaciela głównego bohatera, także byłego boksera, który już to nienawidzi głównego bohatera, już to jest z nim w przyjaźni, czasem wszakże jedynie się nad nim litując, ale też pozwalając się przekupić. Przy konstrukcji tej postaci musiał autor scenariusza spędzić wiele czasu, zapominając przy poszczególnych etapach pracy wyniku etapów poprzednich. Papier szeleści tu niemiłosiernie!

Pod względem filmowego rzemiosła, jest to dzieło poprawne, ale też nic więcej. Pomysły dramaturgiczne są albo sztuczne, albo wtórne, albo i to, i to, za to praca kamery, montaż filmu są na przyzwoitym poziomie. Nie zmienia to faktu, że widz nie ma szans dociec, o co właściwie autorowi chodziło. Tym lepiej więc, że Marcin Wrona wyjaśnił to zgromadzonej na pokazie publiczności. Autor oświadczył, ku mojemu głębokiemu zdumieniu, że chodziło mu o relację osób dwóch różnych środowisk i, przede wszystkim, dwóch różnych kultur. Poinformował, że poznał życie społeczności wietnamskiej w Polsce i chciał to życie polskiemu widzowi przybliżyć. No to mu się nie udało! Bohaterka filmu nie ma w sobie nic specyficznie wietnamskiego, jest po prostu zaszczutą dziewczyną w trudnej sytuacji życiowej, która godzi się na łatwy scenariusz wyjścia z problemu (jednak porównanie filmu „Moja krew” do „La Strady” Felliniego, którym posłużył się autor, wydaje mi się pewnym nadużyciem). Wietnamczyków widzimy albo jako bezkształtną masę na bazarze warszawskim, albo jako osobliwie pozbawionych kontaktu z rzeczywistością mieszkańców przeludnionego lokalu w warszawskim blokowisku. Scena wizyty głównego bohatera we wspomnianym mieszkaniu jest zresztą godna szczególnej uwagi, bo groteskowo niewiarygodna i sztuczna. Oto do mieszkania, w którym żyje duża grupa nielegalnych imigrantów wchodzi bez pukania łysy Polak o wyglądzie boksera, którym zresztą jest i nikt nie zwraca na niego uwagi. Omiatają go pozbawione zainteresowania spojrzenia, wiele osób nawet na niego nie zerka. Mamy jeszcze jedną postać Wietnamczyka, pana w średnim wieku, ze złotym łańcuchem na piersiach, którego widzimy najpierw jako właściciela baru na bazarze, krzyczącego przeraźliwie na bohaterkę filmu, potem kilkakrotnie miga nam jego twarz, aż do sceny w której jest jednym z gości weselnych tejże bohaterki. Kim ma być ten człowiek? Czy autor filmu sugeruje, że to jej alfons, czy tylko postać ważna w mafijnej strukturze? Jeżeli taką wiedzę o Wietnamczykach posiadł autor filmu, jaką podzielił się z widzami, powinien czym prędzej zmienić nauczycieli.

Tu właśnie mam do reżysera największą pretensję. Nie widzę nic nagannego moralnie w robieniu takich sobie filmów, nie widzę nic szczególnego w zapożyczaniu z dzieł lepszych i nonszalancji w rozpatrywaniu choćby elementarnej wiarygodności psychologicznej postaci. Nie zdumiewa mnie brak zrozumienia procesów społecznych ani brak zainteresowania dla tak mozolnej czynności jak nabywanie i pogłębianie wiedzy o ludzkiej psychice. Do tego wszystkiego przyzwyczaiło mnie polskie kino ostatnich lat. Skoro więc autor, debiutant, próbuje odtworzyć aurę „Wściekłego byka” z Robertem De Niro, usiłuje odgrzać smaczki obyczajowe sowieckiego kina społecznego czasów pierestrojki, epatować kompletnie zbędnymi scenami erotycznych zabaw w warszawskich klubach, nuży mnie, ale nie zdumiewa, tym bardziej nie oburza. Oburza mnie za to, zabawa bezbronnymi ludźmi. Wściekle mnie oburza przedstawianie wietnamskich imigrantów jako gromady półdzikich ludzi bardzo dalekich od cywilizacji. Oburzają mnie widoczne jak na dłoni odniesienia do zamkniętego charakteru wietnamskiego środowiska bez najmniejszej próby wyjaśnienia, skąd to zamknięcie się bierze. Autor wie, bo o tym mówił, że temat wietnamskiej imigracji nie był dotąd obecny w polskim kinie. Autor wie także doskonale, że sytuacja, która skłania Wietnamczyków do wyjazdu i zmusza do wegetowania na obrzeżach polskiego społeczeństwa, jest wielowymiarowa z wyraźnym akcentem politycznym. Nie ma o tym ani słowa w filmie, nie ma na ten temat najmniejszej aluzji. Pełno za to jest aluzji i podpowiedzi, kierujących widza ku przekonaniu, że ta imigracja to po prostu chciwa forsy patologia. Jest to zabieg w najwyższym stopniu nieuczciwy, jak nieuczciwe było oświadczenie Marcina Wrony podczas omawianego pokazu, że zamierzał robić kino o ludziach, nie kino społeczne. Być może nieświadomie, zrobił jednak kino społeczne, które budzić będzie w polskich widzach negatywne emocje do imigrantów z Wietnamu, utrwalając najbardziej obrzydliwe stereotypy: hermetyczności, mafijności, sprzedajności. Muszę dodać, że te stereotypy są kompletnie nieprawdziwe, stanowią zaś wytłumaczenie dla niegodziwej postawy polskiego państwa, które zamiast otaczać opieką uchodźców i ofiary niewolniczej pracy, do czego jest zobowiązane, traktuje ich jak ludzi drugiej kategorii. Wietnamscy bohaterowie filmu Marcina Wrony istotnie wyglądają na ludzi cokolwiek dziwacznych, zdecydowanie kojarzących się z marginesem społecznym, jak z folderu wyborczego Berlusconiego. Jeżeli Marcin Wrona chciał zrobić film budzący niechęć i podejrzliwość wobec Wietnamczyków, odniósł sukces. Jeśli zaś, jak mówił, chciał przybliżyć prawdę o tej grupie polskiemu widzowi, poniósł kompletną klęskę. Tyle, że za tę klęskę znowu zapłacą Wietnamczycy, którym ten film sympatii społecznej nie przysporzy. Pozostaje mieć nadzieję, że film nie przyciągnie licznej widowni i nie wyrządzi wielkich szkód.

Do dnia dzisiejszego wielotysięczna rzesza imigrantów i uchodźców z Wietnamu nie była przedmiotem zainteresowania polskich filmowców. Film „Moja krew” zmienił tę sytuację z delikatnością słonia w składzie porcelany poruszając się po niebywale wrażliwym terenie styku kultur. Trzeba ufać, że temat zainteresuje innego twórcę, który zechce dojrzeć w Wietnamczykach ludzi, nie tylko egzotyczne tło dla autorskich popisów. Może nawet ktoś przypomni sobie lata świetności polskiego kina i, nie bojąc się hańbiącej etykiety kina społecznego, opowie tragedię ludzi uciekających przed niewolą i wpadających w pułapkę niewoli innej. Marcin Wrona nie miał obowiązku robić filmu o losie Wietnamczyków, nie miał jednak prawa fałszować ich obrazu i, dla osiągnięcia własnej twórczej satysfakcji, utrwalać obrazu nieprawdziwego i groźnego dla ludzi i tak i tak będących w trudnej sytuacji.

Robert Krzysztoń

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License